wtorek, 12 stycznia 2010

Nareszcie w domu!



Z wielkimi kłopotami, ale udało nam się w końcu wrócić. Nie będę pisać o odwołanym locie w środę, o przeniesieniu lotu na niedzielę, o locie w niedzielę, który się spóźniał 5 godzin, ani o niezliczonej liczbie panów w skórzanych kurtkach i z wąsami, którym udało się w tym czasie upić:-)


W Anglii zaś powitał nas śnieg, ale anielski, czyli strasznie mokry, nieodśnieżone chodniki, martwa mysz w pokoju, o której jednak też nie będę pisać, bo oboje strasznie się jej baliśmy;-) i niedziałający internet.


Mamy też nowego landlorda. Phil przepadł jak kamień w wodę a jak pytamy Java, tego nowego, co się stało z Philem to udaje, że nie słyszy;-)


Jav jest Arabem i ma długą brodę. Wygląda na to, że porządek po Arabsku znaczy więcej, niż porządek po murzyńsku;-). Jav nie odbiera telefonu, ale zniknęła graciarnia sprzed naszego pokoju, o co się nie mogłam doprosić Phila. W schowku koło kuchni też już nie ma graciarni. Poza tym, Brian przestał słuchać łomotu - albo mu Jav zabronił, albo ma postanowienie noworoczne;-)
Jeśli chodzi o mnie i postanowienia noworoczne - zapisuję się na jogę!


Dobrze być w domu...
:-)

4 komentarze:

Anonimowy pisze...

Zdechła z tęsknoty za Wami:-) Biedna myszka.

Anonimowy pisze...

Anonimowy to Basia K.

Anonimowy pisze...

Bardzo przyjemne postanowienie ;-) Czekam na relacje!
Usciski, A.

Roma pisze...

Ja mysle, że mysz zdecgla bo zjadła mieszanke wedlowska ktora Michal trzymal na szafie... ze niby tam mysz nie dosiegnie;-) a mieszanka juz miala z 3 miesiace;-)))