wtorek, 19 stycznia 2010

YOGA

Wczoraj poszliśmy na jogę. Michał sam chciał, wcale go nie prosiłam!!


Najpierw pojechaliśmy do Picadilly. Stamtąd mieliśmy wziąć 221, ale nie przyjechał. Przyjechał za to 219, więc pojechaliśmy do Ashton. Znowu czekaliśmy na autobus. Spóźniał się. Ja się rozpłakałam, że chcę iść na jogę. Michał patrzył i nic nie mówił. Ktoś nas zaczepiał i prosił o pieniądze. Przyjechał autobus. Okazało się, że Michał ma nieważny bilet. Pokłóciliśmy się z nerwów. W końcu dotarliśmy, spóźnieni. Zajęło nam to godzinę i 45 minut.


Ale potem już było tylko lepiej.
Klasa jest dość liczna, ale bez przesady. Nauczycielka jest super chuda i wszystkie pozycje wykonuje z taką łatwością, że aż przyjemnie się patrzy. Jest też bardzo miła i naprawdę fajnie uczy. Poza tym Michał spotkał nauczyciela ze swoich studiów z kolegą, ich dziewczyny były w sali obok w klasie zaawansowanej;-) No i czy nie jest tak, że bycie w związku rozwija?;-)
A powrót zajął nam tylko 45 minut, ha! NA PEWNO idę za tydzień!


A zagadka medyczna jest taka: Miałam dziś pobieraną krew, chyba po raz setny w ciągu ostatnich 3 miesięcy i mnie strasznie boli ręka. I nie mogę jej wyprostować! Co mi jest?

Brak komentarzy: