środa, 28 kwietnia 2010

Cardiac arrest!!! YEEEEY!

Tak!

W ubiegłym tygodniu pracowałam nocami i było okropnie. Ciemno, zimno, żaden pacjent nie ma wenflonu, za to każdemu spada ciśnienie. Albo zaczyna się ból w klatce piersiowej. Albo pacjent zaczyna wymiotować powyżej 1,5 l fusowatych wymiotów. Ach bajka. A lekarz starszy mówi - to ja teraz idę spać, więc juz do mnie nie dzwoń;-)

Ale moje trudy zostały wynagrodzone - Zatrzymanie akcji serca!! Nagle mój bleep zamiast po prostu pikać, zaczyna mówić - "zatrzymanie akcji serca, oddział szósty"! Ach, co za adrenalina! A ja właśnie jestem w "cardiac arrest team"! Więc rzucam wszystko i zaczynam biec długimi korytarzami szpitala, za oknami dnieje, w niebieskim ubranku (w takim wygodnie w nocy;-), niewyspana i myślę sobie - jak na filmie!!! Wpadam na oddział szósty, tam akcja już rozpoczęta, zaczynam uciskanie akcji piersiowej, inni zakładają wenflon, inni robią oddechy, działamy jak w zegarku!

A potem, też jak na filmie - "time of death - 7:50"...

Pewnych medycznych przeżyć nie zapomni się do końca życia. Ja nigdy nie zapomnę, jak po raz pierwszy intubowałam wcześniaka i jak przy tym płakałam, pierwszej operacji na otwartym sercu, którą widziałam (jak to serce się ruszało w zwolnionym tempie - niesamowite) i mojej pierwszej resuscytacji.

środa, 7 kwietnia 2010

Z Polski jestem...

Dzisiaj zaczęłam geriatrię, czyli choroby wewnętrzne osób starszych. Jest bardzo miło.
Razem z Rebecca, lekarzem F2 robiłyśmy dziś obchód.
Przychodzimy do pacjentki, zaczynam zadawać pytania, "jak się pani czuje, czy coś boli, jak nogi"... potem Rebecca z nią rozmawia. Aż nagle pacjentka pyta (do mnie): - A Ty skąd jesteś? Więc mówię, że z Polski. A na to ona: - I rozumiesz o czym tu rozmawiamy? Bo ja miałam sprzątaczkę z Polski i ona w ogóle nie rozumiała, co do niej mówiłam!
Taaaa...

:-)

Les miserables i kaczka

Na Święta pojechaliśmy do Londynu. Bylo cudownie.
Przyjechalismy w piatek i poszlismy kupic bilety na musical. Wybralismy Les miserables, czyli Nedznicy na podstawie powiesci Victora Hugo. Jest to najdluzej grany musical na West endzie! Przedstawienie bylo wspaniale, aktorzy swietnie spiewali, muzyka byla fantastyczna... Ach! Ja oczywiscie sie poplakalam, ale tylko dlatego, ze mi sie podobalo!;-) Musicale sa moim nowym ulubionym sposobem spedzania czasu:-)

A drugim ulubionym jest jedzenie kaczki! Tak, tak. Przed wyjazdem Louisa powiedziala nam, ze w Londynie jest taka restauracja chinska, gdzie serwuja najlepsza kaczke w Anglii - four seasons. Four seasons to oczywiscie nazwa restauracji, nie kaczki! W kazdym razie zrobilam research, z ktorego wynikalo, ze miejsce jest bardzo popularne, wiec Michal zarezerwowal stolik. I dzieki bogu!! Poszlismy tam w sobote wieczorem. Przed restauracja - dzikie tlumy, na wystawie kucharz kroi kaczki;-) przecisnelismy sie przez tlum i zamowilismy. Coz to byla za uczta! Pyszna i krotka, bo jak tylko odlozylismy paleczki, pojawil sie kelner z rachunkiem;-) Po nas jeszcze wiele osob czekalo...

Jednym slowem, w Londynie bylo super. Tylko cockney akcent zostal zastapiony polish akcentem;-)