sobota, 30 stycznia 2010

all you need is love:-)

Zakochalam sie w szpitalu!! W kazdym lekarzu, pacjencie i kazdej pielegniarce. Juz zaczynam robic duzo rzeczy, zaczynam pomagac Luisie coraz bardziej i jest naprawde fantastycznie. Pielegniarki zaczynaja mnie pytac o rozne rzeczy, musze podejmowac decyzje, przepisywac plyny, krew, MORFINE!!!! jest niesamowicie odpowiedzialnie i podniecajaco;-)
Wyspecjalizowalam sie tez w pobieraniu krwi, to jest bardzo przyjemne, zawsze mozna sobie porozmawiac z pacjentem sam na sam, zapytac jak sie czuje, on pyta skad jestem...

Poza tym, wszyscy sa tak strasznie mili i pomocni!! Pielegniarki sa usmiechniete i uczynne, zawsze na oddziale jest farmaceuta, ktory pomaga jesli sie nie jest pewnym jak przepisac lek, jak robimy obchod i przy lozku pacjenta jest rodzina, to lekarz PRZEPRASZA, ze im przeszkadza! I oczywiscie nikogo nie wyprasza:-)

A teraz siedze i sie ucze. Zupelnie inaczej sie uczy jesli wiesz, ze uzywasz tej wiedzy na codzien. Wiec czytam dokladnie o uzupelnianiu plynow, dozowaniu leków i nie moge uwierzyc w swoje szczescie;-))
Gdyby nie to, ze w Michale tez jestem zakochana, to bym ze szpitala nie wychodzila;-)

środa, 27 stycznia 2010

Szpital!

O czym miał być ten blog? O młodej, pięknej lekarce stawiającej swoje pierwsze kroki na angielskiej ziemi. I w angielskim szpitalu! Przede wszystkim!! Więc po krótkich epizodach z bezrobociem, papierkową robotą, deszczem i bagietkami... możemy zaczynać!:-)

Dziś minał trzeci dzień mojej pracy. I mojego życia, ponieważ biorąc pod uwagę fakt, że i wczoraj i dziś wyszłam ze szpitala  po 19 a weszłam tam przed 8, słowa te możemy potraktować jako synonimy;-)
W szpitalu jest fantastycznie! Oprocz mnie jako House Officerna naszym odziale (chirurgia), czyli najmłodszy stażem lekarz, pracuje Amit i Louisa. Oboje są straaaaasznie mili i wszystko dokładnie mi tłumaczą. Nasza praca polega właściwie na pomaganiu wszystkim:-) Pomaganiu starszym lekarzom w czasie obchodu, pomaganiu pielęgniarkom jak mają jakieś pytania, pomaganiu pacjentom jak się źle czują... W efekcie jeśli tylko ktoś na oddziale ma jakieś pytanie, to pyta właśnie nas.

Ja oczywicie dopiero się wdrażam, ale idzie mi nieźle. Do obowiązków naszych należy też pobieranie krwi, przepisiwanie lekarstw, przepisywanie płynów, robienie wypisów... i dużo inncyh rzeczy, których jeszcze nie ogarnęłam umysłem a które sprawiają, że siedzimy w szpitalu do 19;-)

Jednym słowem - jest super. Dziś też po raz pierwszy nie padłam po powrocie do domu, a to znak, że zaczynam się przezwyczajać;-)

Tylko Michał nie może się pogodzić z faktem, że światło gaśnie przed 23;-))

piątek, 22 stycznia 2010

Zaczyna się!

Tak! W poniedzialek  zaczynam prace w szpitalu w Man. Dostalam zaświadczenie o niekaralności, zmasakrowali mi rękę pobierając krew, bagietki splajtowały...;-) mogę zaczynać.

Byłam już dziś w szpitalu i zostałam oprowadzona po oddziale przez Scotta. Zapamiętajcie to imię, bo chyba będzie się tu pojawiać częściej;-P
Poznałam też jednego bardzo miłego lekarza który też robi FY1;-)
Generalnie, od poniedziałku będę pracowała codziennie od 8 do 17 i każdy kto się o tym na oddziale dowiaduje bardzo się cieszy, bo mówią, że bardzo się przyda kolejna osoba do pracy. No już nie mogę sie doczekać! Haha, już widzę jak w poniedziałek pracuje do 17 a potem jadę 1,5 godziny na jogę;-)
Jeśli oczywiście znajdę wyjście, bo póki co, za każdym razem jak tam wchodzę no nie mogę wyjść. Dziś wyszłam na jakąś zupełnie inną ulicę;-)

A jutro zdaję IELTS, więc trzymajcie kciuki. Rano, bo wieczorem to już będziemy świętować:-)

Hurra!

środa, 20 stycznia 2010

No naprawdę!

Wracaliśmy właśnie do domu, a tam co? Pod naszym domem stoi jakis Arab. I sika. Na nasz bydynek. Centralnie. Czy wy widzicie z czym ja się tu muszę użerać?:-)

wtorek, 19 stycznia 2010

YOGA

Wczoraj poszliśmy na jogę. Michał sam chciał, wcale go nie prosiłam!!


Najpierw pojechaliśmy do Picadilly. Stamtąd mieliśmy wziąć 221, ale nie przyjechał. Przyjechał za to 219, więc pojechaliśmy do Ashton. Znowu czekaliśmy na autobus. Spóźniał się. Ja się rozpłakałam, że chcę iść na jogę. Michał patrzył i nic nie mówił. Ktoś nas zaczepiał i prosił o pieniądze. Przyjechał autobus. Okazało się, że Michał ma nieważny bilet. Pokłóciliśmy się z nerwów. W końcu dotarliśmy, spóźnieni. Zajęło nam to godzinę i 45 minut.


Ale potem już było tylko lepiej.
Klasa jest dość liczna, ale bez przesady. Nauczycielka jest super chuda i wszystkie pozycje wykonuje z taką łatwością, że aż przyjemnie się patrzy. Jest też bardzo miła i naprawdę fajnie uczy. Poza tym Michał spotkał nauczyciela ze swoich studiów z kolegą, ich dziewczyny były w sali obok w klasie zaawansowanej;-) No i czy nie jest tak, że bycie w związku rozwija?;-)
A powrót zajął nam tylko 45 minut, ha! NA PEWNO idę za tydzień!


A zagadka medyczna jest taka: Miałam dziś pobieraną krew, chyba po raz setny w ciągu ostatnich 3 miesięcy i mnie strasznie boli ręka. I nie mogę jej wyprostować! Co mi jest?

niedziela, 17 stycznia 2010

Dostalam zaswiadczenie o niekaralności! W końcu! Wynika z niego, że nigdy nie byłam karana:-) W poniedziałek zaniosę je do HR w szpitalu i powiem "in your face";-)

W srode za to poszlismy do kina na opcje 2 za 1;-) Najpierw poszlismy na "Nowhere boy", film o młodym Johnie Lennonie, napraaawde ciekawy. W ogole nie wiedzialam, ze Lennona porzucila matka i wychowala ciotka a potem matka powróciła... nie, nie zdradziłam fabuly;-)
A potem jak wyszlismy juz z naszej sali i przechodzilismy obok nastepnej to zobaczylismy, ze film sie zaczyna za 8 minut. No i... myk, wslizgnelismy sie do srodka i zobaczylismy jeszcze Sherlocka Holmesa:-) Jednym slowem jestesmy PRZESTEPCAMI. Mi tam sie podobalo, ale Michal umieral ze strachu, wiec wiecej na pewno tego nie zrobimy. Ale bylo strasznie smiesznie:-D

A wczoraj pracowalismy razem dla firmy cateringowej, ktora obsługuje jakieś duże eventy. Tym razem to były wyścigi kolarskie. Zwykle jest tak, ze publicznosc siedzi dookoła toru, ale prawdziwe vipy siedzą w środku. i to właśnie dla nich był catering. Za kazdym razem poznajemy duzo ciekawych ludzi, ale jedzienie wbrew pozorom nie jest takie dobre.
I nie uskuteczniamy praktyk z "fight club";-)

wtorek, 12 stycznia 2010

Nareszcie w domu!



Z wielkimi kłopotami, ale udało nam się w końcu wrócić. Nie będę pisać o odwołanym locie w środę, o przeniesieniu lotu na niedzielę, o locie w niedzielę, który się spóźniał 5 godzin, ani o niezliczonej liczbie panów w skórzanych kurtkach i z wąsami, którym udało się w tym czasie upić:-)


W Anglii zaś powitał nas śnieg, ale anielski, czyli strasznie mokry, nieodśnieżone chodniki, martwa mysz w pokoju, o której jednak też nie będę pisać, bo oboje strasznie się jej baliśmy;-) i niedziałający internet.


Mamy też nowego landlorda. Phil przepadł jak kamień w wodę a jak pytamy Java, tego nowego, co się stało z Philem to udaje, że nie słyszy;-)


Jav jest Arabem i ma długą brodę. Wygląda na to, że porządek po Arabsku znaczy więcej, niż porządek po murzyńsku;-). Jav nie odbiera telefonu, ale zniknęła graciarnia sprzed naszego pokoju, o co się nie mogłam doprosić Phila. W schowku koło kuchni też już nie ma graciarni. Poza tym, Brian przestał słuchać łomotu - albo mu Jav zabronił, albo ma postanowienie noworoczne;-)
Jeśli chodzi o mnie i postanowienia noworoczne - zapisuję się na jogę!


Dobrze być w domu...
:-)