Co za dzień! Najgorszy!
Najpierw za późno wstałam, więc nie zdążyłam zjeść śniadania. Potem był korek, a właściwie dwa, więc pomimo, że wyszłam z domu o czasie, spóźniłam się do pracy 30 minut.
Musiałam założyć wenflon pacjentce, która szła na skan z kontrastem. Nie mogłam znaleźć żyły. Poszłam po mojego kolegę, któremu się też nie udało, ale w międzyczasie przyszedł mój senior doctor. Wyśmiał mnie, że proszę innych o pomoc z wenflonem i za jego czasów to bla bla bla. No co za idiota, jak słowa daje. Przecież jak mu mówię, że się nie da to się nie da;-)
Po swoich 10 nieudanych próbach przyznał, że w tej sytuacji trzeba anulować skan (od początku uważałam, że był niepotrzebny) i pozostał wkurzony na mnie do końca dnia. Ale czy to moja wina, że pacjentka nie ma żył?? I że jego męska duma ucierpiała?
Potem okazało się, że mój konsultant umówił dziś na spotkanie rodziny dwóch różnych pacjentów. I wziął urlop. I kto musiał z nimi rozmawiać?
I musiałam zbadać pacjentkę per rectum a pacjentka nie chciała uwierzyć, że jestem lekarzem, "no bo przecież za młoda na lekarza" i za każdym razem, jak jej coś mówiłam pytała pielegniarkę, która mi asystowała "a ty co o tym myślisz?" a pięlegniarka potwierdzała moje słowa;-)
A jeszcze potem, żeby mnie dobić, wyciskarka do soku którą zamówiłam na amazon, a która przyszła dziś, okazała się popsuta. To mnie dobiło.
I muszę zrobić prezentację na piątek, co za los...
I mam dyżur w weekend...
geeez...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz