sobota, 19 lutego 2011

Mister Mystery

Nowy pacjent. Widział już go mój konsultant i mój registrar, jeszcze tylko ja muszę pójść i zadać parę pytań o rezonans, na który chcemy pacjenta wysłać. A pacjent mi mówi, że on się na rezonans nie zgadza, a poza tym, to fizjoterapeuta go obraził, mówiąc, że go rozpoznaje, a pecjent tu jest po raz pierwszy.
Sytuacja się jeszcze bardziej skomplikowała gdy okazało się, że wiele osób poznaje tego pacjenta, że był u nas w ubiegłym roku ale... pod innym imieniem i nazwiskiem, z inną datą urodzenia!!
I zaczęło się śledztwo, prowadzone przez pielęgniarkę oddziałową. Moim zadaniem było zapewnianie pacjenta, że wszystko jest w porządku, żeby się tylko nie domyślił.
Po dwóch dniach okazało się, że pacjent figuruje w kartotekach policyjnych jako "osoba zaginiona". Ale to jeszcze nic, bo na trzeci dzień poinformowano nas, że jednak nie zaginiony, tylko... ścigany!!!

Czwartego dnia wszystkie badania powróciły negatywne i pacjent mógł zostać zwolniony - prosto w objęcia policji, która wyprowadziła go z oddziału w kajdankch!

Ach, moje życie, jak w filmie:-)

A to w Chester - deszczowo...

środa, 16 lutego 2011

racist on races

W ubiegłą sobotę wybraliśmy się na wyścigi psów. Aż do tamtego czasu nie widziałam, że coś takiego istnieje a tu proszę! I było całkiem fajnie, chociaż nie będzie to moja nowa ulubiona rozrywka;-)
Ale nie o tym...

Siedzieliśmy sobie wygodnie przy stoliku a w pobliżu stała grupka Anglików. W pewnym momencie jedna piędziesięcioletnia, kompletnie pijana Angielka podeszła do nas i zapytała mnie "jesteś obcokrajowcem?" na co ja oczywiście odpowiedziałam twierdząco a wtedy ona stwierdziła "ja uważam, że ponieważ ja jestem stąd, a wy z innego kraju, ja mam wieksze prawo do tego miejsca (czyli mojego krzesła!)"
I się zaczęło. Kobieta była naprawdę agresywna, mówiąc, że ona płaci podatki a my tu przyjeżdżamy do JEJ kraju i tylko bierzemy, bla bla bla... Była przy tym naprawdę niemiła i ledwo trzymała się na nogach. W końcu jakaś inna kobieta ją odciągneła po czym sama wrociła i zaczęła nas przepraszać za swoją PARTNERKĘ.

Po raz pierwszy od czasu naszego przyjazdu spotkałam się z wrogością spowodowaną tym, że jestem z innego kraju. Na ogół ludzie zauważają mój akcent i zaczynają przyjazną rozmowę, która na ogół kończy się stwierdzeniem "aaa, byłem w Krakowie na wieczorze kawalerskim mojego kolegi;-)"

Poza tym, czy nie jest tak, że po grupach mniejszościowych (jaką przecież są także homoseksualiści) spodziewamy się większej otwartości i wyrozumiałości?

A tymczasem jakby jest na odwrót...

środa, 12 stycznia 2011

a niech was wszystkich szlag!

Co za dzień! Najgorszy!

Najpierw za późno wstałam, więc nie zdążyłam zjeść śniadania. Potem był korek, a właściwie dwa, więc pomimo, że wyszłam z domu o czasie, spóźniłam się do pracy 30 minut.

Musiałam założyć wenflon pacjentce, która szła na skan z kontrastem. Nie mogłam znaleźć żyły. Poszłam po mojego kolegę, któremu się też nie udało, ale w międzyczasie przyszedł mój senior doctor. Wyśmiał mnie, że proszę innych o pomoc z wenflonem i za jego czasów to bla bla bla. No co za idiota, jak słowa daje. Przecież jak mu mówię, że się nie da to się nie da;-)

Po swoich 10 nieudanych próbach przyznał, że w tej sytuacji trzeba anulować skan (od początku uważałam, że był niepotrzebny) i pozostał wkurzony na mnie do końca dnia. Ale czy to moja wina, że pacjentka nie ma żył?? I że jego męska duma ucierpiała?

Potem okazało się, że mój konsultant umówił dziś na spotkanie rodziny dwóch różnych pacjentów. I wziął urlop. I kto musiał z nimi rozmawiać?

I musiałam zbadać pacjentkę per rectum a pacjentka nie chciała uwierzyć, że jestem lekarzem, "no bo przecież za młoda na lekarza" i za każdym razem, jak jej coś mówiłam pytała pielegniarkę, która mi asystowała "a ty co o tym myślisz?" a pięlegniarka potwierdzała moje słowa;-)

A jeszcze potem, żeby mnie dobić, wyciskarka do soku którą zamówiłam na amazon, a która przyszła dziś, okazała się popsuta. To mnie dobiło.

I muszę zrobić prezentację na piątek, co za los...
I mam dyżur w weekend...
geeez...

sobota, 20 listopada 2010

zimno ho, ho ho!

Pamiętacie tego pacjenta, którego bolało wszystko, mojego jedynego? Po trzech dniach mu kompletnie przeszło i ze wszystkimi wynikami badań negatywnymi wyposaliśmy go do domu. Od tego czasu nie mieliśmy ANI JEDNEGO nowego przyjęcia. Nawet o konsultację nie zostaliśmy poproszeni! W związku z tym ja, jako lekarz zajmujący się pacjentami na oddziale, nie mam nic do robienia. Ja nawet oddziału nie mam! i tak juz dwa tygodnie.

Za to przyjechał Brian i chodziliśmy do starbucksa, graliśmy w karty, graliśmy w scrabble, byliśmy w muzeum i na koncercie paramore, w chińskiej restauracji i w brytyjskiej restauracji, poszliśmy na fish and chips, wygłupialiśmy się jak nie wiem i prowadziliśmy poważne rozmowy.

W Manchester Art Gallery jest świetna wystawa, na Albert's square jest Christmas Market, wszędzie są już dekoracje świąteczne i nawet jest zimno jak trzeba! Śnieg jeszcze nie pada, ale i tak jest fajnie. Tak jak rok temu, gdy odkrywałam Manchester po raz pierwszy:-) Nawet Mikołaj na Town Hall jest ten sam!

sobota, 6 listopada 2010

Reumawakacje

Tak, już od tygodnia pracuję na reumatologii. Koniec ortopedii, a następnym razem noce dyżury dopiero w kwietniu!!

Reumatologia, to jest dopiero coś. Mamy od zera do pięciu pacjentów (w porywach). Na tych pięciu pacjentów przypada trzech konsultantów, dwóch registrars i ja. To się dopiero nazywa opieka!

Dwóch konsultantów i jeden registrar są homoseksualistami. Ciekawe, czy jest zależność miedzy preferencjami seksualnymi a wybieraną specjalizacją?

A pacjenci są jeszcze ciekawsi. Jak nikt w szpitalu nie wie, co właściwie pacjentowi może być, wtedy proszą o konsultację reumatologiczną. Bo pod reumatologię to podlega wszystko - "strzyka mnie w stawie", "mam tu wysypkę", "mam tu wysypkę a wczoraj miałem gdzie indziej", "boli mnie głowa", "boli mnie szyja" i "boli mnie wszędzie" ("boli mnie wszędzie" to mój obecny pacjent, jedyny:-))

I wtedy mój konsultant zamawia panel badań. Wszystkie możliwe. Immunologię, HIV, CMV, EBV, CK, ESR, CRP, LDH, Kortyzol, TSH, TF4, krew na posiew, nie wspominając o podstawowych. Rentgen płuc, rentgen dłoni, USG brzucha, mocz, mocznik.

Oczywiście tym wszystkim muszę zajać się ja, co przy jednym pacjencie jest dobrą rozrywką, a nie ciężką pracą.

Trochę rozczarowuje, gdy wszystkie te badania wracają negatywne. JA myslę, że jak pacjenta boli wszystko i jedyne, co mu pomaga (jak sam twierdzi) jest morfina dożylnie, to po prostu jest morfinistą.
Ale ja często się mylę, zwłaszcza, gdy chodzi o medycynę;-)
Może faktycznie ma jakiś bardzo rzadki zespół?

piątek, 5 listopada 2010

Bonfire night

Minal rok.

Rok temu nagle spakowałam się i postanowiłam przyjechać do Anglii.

Przez ten rok poznałam nowych ludzi, ich kulturę, ich brak kultury, ich zalety i wady, mam znajomych i bardzo dobrych znajomych.

Mam pracę, która mi daje satysfakcję (po mojej depresji już nie ma śladu;-)), codziennie się uczę, codziennie stawiam czoła nowym wyzwaniom, jestem wykończona, ale szczęśliwa.

Mieszkam od roku z Michałem i jest cudownie!

Dałam radę. I za to dziś pijmy:-)

ps. pięęęęękna jesień:-)

środa, 20 października 2010

Depresja

Tak!

Odkryłam co. Mam depresję jesienną. To wyjaśnia wszystko. To, że wszystko mnie denerwuje - pielęgniarki, pacjenci, a najbardziej inni lekarze, to, że krzyczę na biednego Michała a potem wybucham płaczem, to, że cały czas siedzę w domu i nie chce mi się spotykać ze znajomymi, że codziennie po południu śpię, że rano nie mogę wstać, mimo, że cały czas śpię - wszystko. 
Objawy by pasowały też do PMS, gdyby nie to, że trwają już jakieś dwa tygodnie;-)

Na szczęście, wyjeżdżamy na wakacje. W sobotę. Haha, jeśli będę zamieszczała posty co 6 tygodni to wszyscy będą myśleć, że nic innego nie robię, tylko na wakacje jeżdżę. No niestety nie tylko;-)

A 4 listopada minie rok, odkąd przyjechałam do Anglii...

środa, 1 września 2010

Vive la France!

Ach, jak spontanicznie! Nagle postanowiłam wyjechać do Francji, w piątek kupilam bilet i już od wczoraj tutaj jestem.

We Francji jest najcudowniej. Naprawdę! Nigdzie indziej niebo nie jest tak niebieskie, trawa taka zielona, a ludzie tacy ładni;-) A ten język! Z kim się nie rozmawia, ma się wrażenie, ze z Tobą flirtują. A najlepsze jest to, że najczęściej jest to słuszne wrażenie! Bo Francuzi to taki przyjazny naród:-)

Nicea jest wciąż taka sama – ruchliwa i piękna. Wszędzie fontanny, zieleń, pełno samochodów i piękne sklepy. Na Promenade des Anglais spotykają się panie na poranne plotki i panowie... w tym samym celu. Siedzą sobie zapatrzeni w morze i kontemplują.

Natomiast Cannes jest jeszcze bogatsze, niż pamiętam. Budują się apartamenty z widokiem na morze, wszystkie normalne sklepy zostały zastąpione butikami – Prada, D&G, Dior, Kenzo. Po promenadzie La Croissette spacerują panie i panowie z malutkimi pieskami, wszyscy pięknie ubrani, opaleni i szczupli. Jak oni to robią? Jedzenie jest tu najlepsze na Świecie, tak samo zresztą jak wino, które jeszcze do tego jest najtańsze na Świecie;-)

Natomiast... kiedy Ci Francuzi nauczyli się mówić po angielsku? I jakim w ogóle prawem? Ja się wysilam, próbuję zabłysnąć moim (w większej części zapomnianym już) francuskim, a oni mi odpowiadają po angielsku! Ale już obmyśliłam plan – następnym razem powiem, że nie mówię po angielsku. I niech się ze mną męczą;-)

A drugi plan jest taki – na starość tutaj zamieszkam!


ps. za pięć czwarta zadzwonili do mnie ze szpitala, czy bym mogla przyjść zobaczyć pacjenta. No niestety, nie mogłam;-)


niedziela, 22 sierpnia 2010

Bikram yoga

Bikram yoga polega na tym, ze przez półtorej godziny wykonuje się różne pozycje w wysokiej temperaturze. Dokładnie - 40 stopni.

Na początku to nawet nie było tak źle. Na początku było po prostu ciepło. Przyszedł pan z mikrofonem przyczepionym do twarzy i powiedział - Witam wszystkich, słyszałem, że jest wśród nas nowa osoba, gdzie jesteś Roma? I od tego czasu cały czas miał na mnie oko.

Potem pan powiedział - Jeśli komuś zacznie się kręcić w głowie, być niedobrze lub słabo, to proszę nie wychodzić, tylko usiąść i oddychać głęboko.

Po pięciu minutach zrobiło mi się jednocześnie słabo, niedobrze i zaczęło mi się kręcić w głowie. Zaczęłam mieć mroczki przed oczami. Po dziesięciu minutach nie myślałam o niczym innym, tylko żeby stamtąd uciec. Było duszno, gorąco i nie od zniesienia. Musiałam usiąść. I tak minęło pozostałe 80 minut. Ani przez chwilę nie przestało mi być słabo. Woda w butelce zrobiła się ciepła i naprawdę, nigdy w życiu nie widziałam, żeby z ludzi tak lał się pot. Dosłownie ciurkiem. z twarzy, łokci, nóg.

Po zajęciach obiecałam sobie, że to już ostatni raz!
Jutro idę znowu;-)

Natomiast przeczytałam, że Bikram to jest jakiś przekręt, który myśli tylko o tym, żeby zarobić, jogę uważa za świetny biznes i myśli, że jest jakimś bogiem, który wniósł światło w życie ludzi zachodu. Więc idę tylko dlatego, że kupiłam karnet dziesięciodniowy. A potem wrócę do tradycyjnego stania na głowie;-)

wtorek, 10 sierpnia 2010

Pierwszy tydzień...

... za mną! Dużo się dzieje!
Pacuje z Charlotte, która jest ładna, miła i ma chłopaka, który gra zawodowo w krykieta! Kto to w ogóle słyszał!;-)
Poza tym, na ortopedii jest okropnie. Jak słowo daje, ci lekarze się na niczym oprócz kości nie znają! Jak z Dr C robiłyśmy obchód, za starych, dobrych czasów, to przez 20 minut się stało i myślało, co pacjentowi może być. A tu - mówię, że pacjent ma za niski ciśnienie, więc chcę zrobić to i to a oni - zadzwoń po internistę! No na miły bóg, przecież ja tu chcę się wykazać!;-)
No ale przynajmniej Charlotte jest słodka i nie za wiele jeszcze umie więc wszystko tłumaczę i obie jesteśmy zadowolone;-)
I jutro też będę mogła się wykazać, bo będę miała pierwszy dyżur. A pielęgniarki mają taki tok myślenia - jak nie wiadomo, co zrobić, to trzeba zadzwonić po lekarza dyżurnego. To się jutro zdziwią, haha!;-)))

A z innych niusów, to ukradli mi iPhona ale za to kupiłam auto. Więc niby jestem na zero, chociaż dużo uboższa;-))

sobota, 31 lipca 2010

Coś się zaczyna...

Pierwsze dwa dni w Lancaster za mną. Jest fantastycznie! Na razie chodzę na szkolenia i robię shadowing, czyli chodzę za innym lekarzem i patrzę, co robi, bo od przyszłej środy to ja przejmę jego pracę.
Okazuje się, że na ortopedii (od której zaczynam) wszystkim się zajmują pielęgniarki. Wszystko wiedzą i o wszystkim decydują. Jak czegoś nie mogą zrobić, to wtedy dzwonią po lekarza. Bardzo rzadko. Po pracy dla Dr C, gdzie biegałam od 9 do 18, to będą prawdziwe wakacje!
Poznałam moich nowych kolegów F1. Wszyscy są naprawdę przyjaźni, niektórzy dość przestraszeni;-)
Robię też dużo kursów on line, tak zwany e-learning. Tak strasznie się cieszę, że wkraczam w ten system! Że będę robić prawdziwy trening, że będą mnie oceniać, uczyć i pomagać. No, wcześniej też mi pomagali i uczyli, ale teraz będzie inaczej;-)
Jedyna wada Lancaster jest taka, że jest to naprawdę małe i ciche miasteczko. Sklepy zamykają o piątej i wszystko jest dość wyludnione. Chyba wszyscy leżą w szpitalu, haha!;-)
Ale jest za to bardzo ładne. Bardzo zielone, budynki z zółtego kamienia (który się chyba nazywa piaskowiec?;-)), łąki, na których pasą się konie i domy spokojnej starości (bardzo ładne;-))
W związku z tym, nawet to, że muszę wstać o 5.30 żeby tam dotrzeć mi nie przeszkadza. Jeszcze.

środa, 28 lipca 2010

Coś się kończy...

I w końcu nadszedł ten dzień - mój ostatni dzień w szpitalu w TRF. Nie mogę uwierzyć, że już minęło pół roku. Nie mogę uwierzyć, jak długą drogę przeszłam.

W TRF było super. Poznałam mnóstwo przemiłych ludzi, każdy był pomocny, wspierający i cierpliwy. To było niesamowite.
Nauczyłam się - najwięcej na świecie. Nauczyłam się nie niecierpliwić, słuchać, nie dawać nikomu do zrozumienia, że głupio gada, szanować innych i ich opinie... naprawdę, to jak poszerzyła się moja wiedza medyczna to jedno, ale jak ja się nauczyłam traktować ludzi inaczej!

Przez ostatnie parę dni nowa F1 chodziła za mną, czyli robiła tak zwany shadowing, i się uczyła, bo w przyszłym tygodniu to ona będzie najmłodszym doktorem w zespole dr C. Była PRZERAŻONA! Nie umie pobierać krwi, zakładać wenflonu, nie wie, jak zamówić badania ani jak przepisać płyny. A ja myślałam, że wszyscy to umieją i tylko ja nie umiałam, jak zaczynałam! Więc byłam bardzo wspierająca i cierpliwa, wszystko jej tłumaczyłam i mówiłam, a nie spodziewałam się, że już to wie!

A dziś było smutno. Dr C. powiedziała, że bedzie za mną tesknić, pielegniarki z oddziału czwartego powiedziały, że byłam dużo lepsza od mojej poprzedniczki, która cały czas płakała i rzucała w nie cewnikiem (!) dostałam też prezencik pożegnalny od koleżanki.

Naprawdę będę tęsknić. To było wspaniałe pół roku...

poniedziałek, 5 lipca 2010

Lancaster

Zaczęło się od wielu telefonów, wielu odmów, zasłaniania się przepisami i rozczarowania. Aż pewnego dnia zadzwonił telefon i zostałam zaproszona na rozmowę kwalifikacyjną. Do Lancaster, godzinę drogi od  Manchester. 

Lancaster jest ładnym, spokojnym, bardzo zielonym masteczkiem z nieproporcjonalnie dużym 
szpitalem;-) Rozmowę przeprowadzał dyrektor od stażu FY1. Najpierw powiedział, że jest zaskoczony, że tak dobrze mówię po angielsku;-) wyjaśniłam mu, że zaczęłam się uczyć jeszcze jak byłam w Polsce. To ludzi bardzo dziwi, bo oni tutaj nie uczą się jezyków. No, może się uczą, ale bardzo nieskutecznie;-)) 
Potem musialam odegrać scenkę - jestem na dyżurze i zostaję wezwana do pacjenta z narastającą dusznością. Pacjenta grał manekin. Na koniec musiałam przepisać na specjalną kartę wszystkie leki, które pacjent zażywa. Na szczęście wszystko to robię na codzień ale muszę przyznać, że gdybym dopiero co przyjechała z Polski, nie miałabym pojęcia, co robić. No ale poszło mi bardzo dobrze i dostałam pracę!!
Tak starsznie się cieszę! Zaczynam w sierpniu, oficjalny, zatwierdzony przez odpowiednie władze staż! Moja kariera nabiera tempa! Haha, chyba się rozpędziłam;-)
W kazdym razie, nadchodzi czas zmian. Fajnie:-)

A w piątek już lecimy do Krakowa na tydzień! I Komorowski wygrał wybory! 
I nawet to, że w tym tygodniu pracuję nocami mnie tak nie przeraża;-)

World Cup

Ach, cóż to za przeżycie, mistrzostwa swiata w piłce nożnej!

O niczym innym sie nie rozmawia, caly szpital przystrojony jest choragiewkami angielskimi, w kazdym telewizorze mecz.
Gdy robimy obchód to już nie pytamy pacjenta, jak się czuje, tylko czy oglądał mecz. Pacjenci też proszą, żeby nie przychodzić w czasie gry, bo oni wtedy są zajęci.
Gdy mecz Anglia-Słowenia grany byl o 15, wszyscy lekarze dostali smsa od kadr, ze mecz bedzie wyswietlany w sali wykladowej. I wszyscy zgodnie się stawili;-)
Najlepsze jest to, że gdy jest mecz, pacjenci przestają chorować! Tak. Już nie jestem wzywana do dziwnego bólu brzucha, klatki piersiowej czy wysypki. Pielęgniarki nie dzwonią co chwilę, bo nagle mają zupełnie inne priorytety, haha;-)

Naprawde, mistrzostwa świata mogłyby być częściej;-)
Ach, i jeszcze mam nadzieję, że Niemcy nie wygrają;-)

czwartek, 20 maja 2010

Pacjent

Zaczelo sie w sobote kolo 13, moj blip zaczal robic "pi, pi, pi,pi,pi". Dzwonie. "a bo my tu mamy pacjenta na oddziale drugim i przewrocil sie w lazience i nikt tego nie widzial i strasznie boli go glowa". Poszlam na odzial. Pacjent lezy w lozku i zanim nawetn otworzylam usta pacjent zaczyna mowic - " ah, wszystko mnie boli. Boli mnie glowa, plecy, szyja, dretwieje mi czolo i rece i nogi, nie moge sie w ogole ruszyc, wszystko boli, prosze pomoz mi. Probuje go zbadac. Gdzie nie dotkne, slysze "aaaaaaah, jak boli".
Pytam Pacjenta, co moge dla niego zrobic, bo jest na 4 lekach przeciwbolowych i nastepna dawke moze dostac za gOdzine. A on na to " a bo mi tylko morfina pomaga. I tylko dozylnie"! Hahaha, no to niezle, cpuna mamy!
W ciagu nastepnych trzech dni, Pacjent probowal kupic od pielegniarki kodeine za 20 funtow, ustalic, jak sie nazywa moj starszy lekarz, zeby naslac na niego swoich kolegow, na moich oczach symulowal upadek (wygladalo idiotycznie), napisal dwa listy do calego personelu szpitala, ktore w ogole nie mialy sensu, zaczal byc agresywny, przyszla ochrona, dwoch policjantow, ktorzy powiedzieli, zeby nie zgrywal gangstera i psychiatra, z ktory pacjent nie chcial rozmawiac...
Czwartwgo dnia pacjent spakowal torbe, narzucil na ramie, na wlasne zadanie sie wypisal i sprezystym krokiem wymaszerowal ze szpitala:-)

i to wszystko na moim dyzurze;-)

piątek, 7 maja 2010

Dieta proteinowa



Aha!

Odchudzam się.
Tak, tak. Zaczęłam 26 kwietnia, żeby zdążyć na przyjazd Basi;-) za miesiąc. Dieta jest dość nieskomplikowana, chociaż nie powiem, żeby była prosta do przestrzegania. Reguła jest jedna - jemy samo białko. Noo, przynajmniej na początku, ale ja jestem na początku;-) Profesjonalna strona internetowa ustaliła, że jeśli będę wytrwała, to 19 lipca będę równie piękna jak teraz, za to 10 (tak, dziesięć) kilogramów chudsza;-)

Więc trzymajcie kciuki. A Michałowi powiedzcie, że ma mnie wspierać, a nie komentować, że faza ataku (czyli pierwsza faza diety) to jest atak na niego!

;-)

ps. schudlam 3 kg!!!:-)

środa, 28 kwietnia 2010

Cardiac arrest!!! YEEEEY!

Tak!

W ubiegłym tygodniu pracowałam nocami i było okropnie. Ciemno, zimno, żaden pacjent nie ma wenflonu, za to każdemu spada ciśnienie. Albo zaczyna się ból w klatce piersiowej. Albo pacjent zaczyna wymiotować powyżej 1,5 l fusowatych wymiotów. Ach bajka. A lekarz starszy mówi - to ja teraz idę spać, więc juz do mnie nie dzwoń;-)

Ale moje trudy zostały wynagrodzone - Zatrzymanie akcji serca!! Nagle mój bleep zamiast po prostu pikać, zaczyna mówić - "zatrzymanie akcji serca, oddział szósty"! Ach, co za adrenalina! A ja właśnie jestem w "cardiac arrest team"! Więc rzucam wszystko i zaczynam biec długimi korytarzami szpitala, za oknami dnieje, w niebieskim ubranku (w takim wygodnie w nocy;-), niewyspana i myślę sobie - jak na filmie!!! Wpadam na oddział szósty, tam akcja już rozpoczęta, zaczynam uciskanie akcji piersiowej, inni zakładają wenflon, inni robią oddechy, działamy jak w zegarku!

A potem, też jak na filmie - "time of death - 7:50"...

Pewnych medycznych przeżyć nie zapomni się do końca życia. Ja nigdy nie zapomnę, jak po raz pierwszy intubowałam wcześniaka i jak przy tym płakałam, pierwszej operacji na otwartym sercu, którą widziałam (jak to serce się ruszało w zwolnionym tempie - niesamowite) i mojej pierwszej resuscytacji.

środa, 7 kwietnia 2010

Z Polski jestem...

Dzisiaj zaczęłam geriatrię, czyli choroby wewnętrzne osób starszych. Jest bardzo miło.
Razem z Rebecca, lekarzem F2 robiłyśmy dziś obchód.
Przychodzimy do pacjentki, zaczynam zadawać pytania, "jak się pani czuje, czy coś boli, jak nogi"... potem Rebecca z nią rozmawia. Aż nagle pacjentka pyta (do mnie): - A Ty skąd jesteś? Więc mówię, że z Polski. A na to ona: - I rozumiesz o czym tu rozmawiamy? Bo ja miałam sprzątaczkę z Polski i ona w ogóle nie rozumiała, co do niej mówiłam!
Taaaa...

:-)

Les miserables i kaczka

Na Święta pojechaliśmy do Londynu. Bylo cudownie.
Przyjechalismy w piatek i poszlismy kupic bilety na musical. Wybralismy Les miserables, czyli Nedznicy na podstawie powiesci Victora Hugo. Jest to najdluzej grany musical na West endzie! Przedstawienie bylo wspaniale, aktorzy swietnie spiewali, muzyka byla fantastyczna... Ach! Ja oczywiscie sie poplakalam, ale tylko dlatego, ze mi sie podobalo!;-) Musicale sa moim nowym ulubionym sposobem spedzania czasu:-)

A drugim ulubionym jest jedzenie kaczki! Tak, tak. Przed wyjazdem Louisa powiedziala nam, ze w Londynie jest taka restauracja chinska, gdzie serwuja najlepsza kaczke w Anglii - four seasons. Four seasons to oczywiscie nazwa restauracji, nie kaczki! W kazdym razie zrobilam research, z ktorego wynikalo, ze miejsce jest bardzo popularne, wiec Michal zarezerwowal stolik. I dzieki bogu!! Poszlismy tam w sobote wieczorem. Przed restauracja - dzikie tlumy, na wystawie kucharz kroi kaczki;-) przecisnelismy sie przez tlum i zamowilismy. Coz to byla za uczta! Pyszna i krotka, bo jak tylko odlozylismy paleczki, pojawil sie kelner z rachunkiem;-) Po nas jeszcze wiele osob czekalo...

Jednym slowem, w Londynie bylo super. Tylko cockney akcent zostal zastapiony polish akcentem;-)

czwartek, 25 marca 2010

Znowu nocami...

Jej, trochę się boję napisać, że tym razem noce mijają spokojnie, bo jeszcze jedna mi została;-)

Wczoraj byłam zajęta do 3, a potem poszłam do dyżurki lekarskiej, gdzie spotkałam inną junior doktor, która powiedziała mi, że zaraz przyjdzie jedna starsza lekarka, która zgodziła się wytłumaczyć nam zaburzenia w gazometrii, które są dość skomplikowanym tematem.
Lekarka faktycznie zaraz przyszła, przygotowana! Położyła przed nami różne wyniki badań i je analizowałyśmy. Potem tłumaczyła nam, jak postępować z pacjentami, którzy chorują na obturacyjną chorobę płuc a potem jeszcze zadawałyśmy pytania. Była strasznie miła (cha cha, to chyba jasne, kto niemiły zgodziłby się nas uczyć o tej porze;-) i rzeczowa i wszyyyystko stało się jasne.
Przed czwartą zaczęły nasze bleepy dzwonić i każdy musiał wrócić do pracy.

Czy ja się przeprowadziłam do innego kraju, czy do innego Świata, że lekarzowi w środku nocy chce się uczyć młodszego kolegę?

;-)